"Sprawa Hoffmanowej" Katarzyna Zyskowska


Czekałam na tę powieść z niecierpliwością, bowiem “Historia złych uczynków” Katarzyny Zyskowskiej była dla mnie kolejnym (po “Dygocie” Jakuba Małeckiego”) odkryciem literackim.
I nie zawiodłam się. “Sprawa Hoffmanowej” pochłonęła mnie bez reszty.


Fabuła powieści została oparta na autentycznych zdarzeniach, jakie rozegrały się w Tatrach w roku 1933. Akcja powieści toczy się w dwóch płaszczyznach czasowych. Pierwsza z nich to właśnie rok 1933, kiedy to pod Lodową Przełęczą w ciągu kilku sierpniowych dni rozegrały się dramatyczne wydarzenia – na szlaku z niewiadomych przyczyn zmarły trzy osoby: prokurator Antoni Hoffman, jego dwunastoletni syn Witold oraz młody taternik Jan Higersberger. Ocalała tylko piękna żona prokuratora, Mira, była gwiazda warszawskich kabaretów. Zeszła w dolinę dopiero trzeciego dnia, z niewiadomych przyczyn spędziwszy wcześniej samotnie przy zwłokach dwie noce. Kobieta jest w szoku, niewiele pamięta z wydarzeń, które rozegrały się podczas załamania pogody na stosunkowo łatwym szlaku. Twierdzi, że zostawiła w górach czterech mężczyzn. Znaleziono jednak tylko trzy ciała, a Mira przestaje mówić, nie potrafi niczego racjonalnie wytłumaczyć. Kim jest owa czwarta tajemnicza postać? Czy nie jest tylko wytworem wyobraźni zszokowanej kobiety? Dlaczego Hoffmanowa nie zeszła od razu z gór? Kto stoi za tajemniczą śmiercią trzech zdrowych osób? Podejrzenia padają na kobietę, a opinia publiczna, jak to zwykle bywa, pierwsza wydaje wyrok.
Druga płaszczyzna czasowa to rok 1938. Akcja rozgrywa się tu w Kamienicy, w szpitalu psychiatrycznym, w którym Mira przebywa od pięciu lat, po tym jak została uznana za obłąkaną. Tu narracja z trzecioosobowej zmienia się w pierwszoosobową, a szpitalna rzeczywistość miesza się w głowie chorej kobiety ze wspomnieniami. Dzięki tym, tak zgrabnie i sugestywnie wplecionym w akcję retrospekcjom, poznajemy nie tylko przeszłość bohaterki, ale jest to też genialny sposób na wniknięcie w zakamarki jej umysłu. Dramat kobiety jest tym większy, że pod wpływem nacisku opinii publicznej, wizerunku stworzonego w prasie, wreszcie otumaniających Mirę leków i drastycznych metod terapii, nie wie ona, co jest prawdą, a co tylko wytworem jej wyobraźni i skutkiem wyniszczających farmaceutyków. Tkwi w tym zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu, będąc przekonaną o swojej niezaprzeczalnej winie. “Jestem Mira! Jestem dzieckiem, którego nikt nie chciał, i kurwą z kabaretu, którą chcieli wszyscy. Potrafię czynić rzeczy piękne i straszne. Jestem dobra, jestem miła, jestem plugawa i zła. Jestem Mira. Jestem?” Miejscami retrospektywnym są w powieści Chojnaty pod Lwowem, w których Mirosława Anna Skrzyńska przyszła na świat jako nieślubne dziecko guwernantki i bogatego pana Anastazego Chojnackiego. Potem dorosłe życie Miry Mey (taki pseudonim artystyczny wymyśla dla niej właściciel Czarnego Kota, gdzie dziewczyna zaczyna swoją kabaretową karierę) toczy się w mrocznych zakamarkach Warszawy, dokąd wyjeżdża wraz ze swoim przyjacielem Julianem. Dopiero gdy Mira odnosi sukces, przenosi się w rejony wcześniej będące dla niej tylko marzeniem – w miejsca, gdzie mieszka, bywa, bawi się i odpoczywa elita stolicy. Akcja właściwa rozgrywa się w Zakopanem, dokąd państwo Hoffmanowie przyjeżdżają niespełna rok po ślubie na wakacyjny wypoczynek. Zamieszkują w pensjonacie Akwamaryn i poddają się snobistycznej atmosferze zakopiańskich lokali, gdzie gości intelektualna i artystyczna elita kraju. Atmosferze luźnej i swobodnej jak tatrzańskie hale, a równocześnie dusznej i ciasnej od plotek, spekulacji, zawiści i zazdrości. “Miraż szczęścia pęka, kiedy schodzę w błotniste zaułki lumpen proletariatu. Tutaj już się nei rozglądam na boki. Tu próbuję być niewidoczna. Opuszczam głowę, chowam w ramionach, żeby tylko nie zwrócić na siebie uwagi ciemnych typów kręcących się w okolicach Tamki. Tu tez jest Warszawa, tu nawet bardziej jest Warszawa sobą. Tu ma swój pierwotny koloryt i cwaniacki sznyt. Prawdziwa jest, masek pozbawiona, odarta z pozłotka do żywego mięsa, do krwi ceglanych murów. Straszna jest, odpychająca, tu wcale nie jest Paryżem.”
“Milczę. Patrzę na świat. Jest tak pięknie, że aż chce mi się krzyczeć. Milczę. Krzyczę tylko w środku. Wszystko, co najważniejsze, zawsze odbywa się w środku.” 

 Powieść Katarzyny Zyskowskiej jest gęsta od emocji tych wyrażonych wprost i ukrytych między wersami. Czuje się niemal namacalnie atmosferę warszawskich suteren, podrzędnych kabaretów, salonów i świata sławy oraz blichtru, zapach barowego dymu i tryskającej z ran krwi, słyszy się szum wiatru na szlaku i dźwięk góralskiej muzyki. Czuje się niemal podskórnie emocje, jakie targają Mirą, ten dualizm, wewnętrzne rozdarcie, zagubienie. Sugestywności i plastyczność opisów to coś,
w czym, moim zdaniem Katarzyna Zyskowska osiągnęła literackie mistrzostwo. Obok “Sprawy Hoffmanowej” nie da się przejść obojętnie.
To powieść o magnetycznej sile, uwodząca czytelnika tak, jak Mira Hoffmanowa urzekała swą urodą wszystkich wokół i budząca tyle samo emocji, ile budzić może kobieta, której wszyscy mężczyźni pożądają, a której wszystkie kobiety nienawidzą i zazdroszczą. To wspaniale opowiedziana historia z genialnym zakończeniem – historia o cenie za spełnione marzenia, o złu czającym się w człowieku i ujawniającym się zupełnie znienacka, o pierwszej, niewinnej miłości, rozczarowaniu i spełnieniu, wreszcie o sile manipulacji
i społecznego ostracyzmu. Kto tu jest zbrodniarzem, a kto ofiarą? Co jest prawdą, a co jedynie mirażem? Gdzie leży granica między dobrem a złem i jak ją dostrzec? To jedne z wielu pytań, które nasunęły mi się podczas lektury tej powieści, którą chyba, mimo wątku kryminalnego, mogę określić mianem psychologicznej. Po stokroć polecam !!!


Wydawnictwo: Znak, 3 kwietnia 2019 r. 
Moja ocena: 10/10 
Okładka: Miękka ze skrzydełkami 
Liczba stron: 416

Komentarze